LOTD: Whoah! We're going to Ibiza! ;)

10 komentarze
Tęsknota za wiosną sprawiła, że ostatnio sięgam po ubrania w intensywnych kolorach. Muszę jakoś ożywić otaczającą mnie, ponurą rzeczywistość. Wszechobecna, kłująca w oczy biel śniegu, została zastąpiona przez brudną, mokrą zieleń resztek trawy i bliżej niezidentyfikowany kolor błota. Przez gęstą zasłonę chmur i siąpiącego z nich deszczu nie ma szans przedrzeć się choćby nikły promień słońca. Beznadziejna, najgorsza z możliwych pogoda, która mnie niesamowicie przygnębia i sprawia, że nic mi się nie chce… Musiałam wnieść w ten przygnębiający, depresyjny krajobraz jakiś dysonans! Tym razem mój wybór padł na moje ulubione kolory – kobaltowy, turkusowy i miętowy. Barwy przywodzące na myśl egzotyczną lagunę, przejrzystą wodę i złotą plażę skąpaną w słońcu tropików. Kolory, ulubione nie tylko latem, chociaż w poprzednie wakacje eksploatowałam je do granic możliwości, o czym sami zresztą wiecie. Tegorocznej zimy nie poszły w odstawkę. Udało mi się znaleźć gruby i ciepły, idealny na zimę, intensywnie kobaltowy sweter w warkocze z C&A. Do tego dodałam asymetryczną letnią spódnicę z H&M upolowaną na wyprzedaży za 10zł. Uwielbiam te kolory i ten print – uważni Czytelnicy mojego bloga wiedzą, że mam wakacyjny kombinezon i asymetryczną, plisowaną sukienkę z tej samej kolekcji (która możecie podejrzeć tutaj). Nie tonowałam tego stroju, o nie! Żeby było jeszcze bardziej wyraziście chwyciłam kobaltową kopertówkę z Mohito i bogaty, turkusowy naszyjnik z H&M. Naszyjnik tak po prawdzie jest dla mnie zbyt ozdobny i pańciowaty – postanowiłam rozebrać go na części i zrobić z niego kilka sztuk biżuterii. Ale na razie jest jak jest :D

 
 

Nie jest źle, ale... czyli recenzja masła do ust Nivea Lip Butter

12 komentarze
Masło do ust Nivea Lip Butter przebojem wdarło się do mojej kosmetyczki. Na pierwszy rzut oka zauroczyły mnie metalowe, stylowe opakowania. A że jestem sroką i cena masełek jest atrakcyjna (ok. 10zł za 19ml), to kupiłam od razu dwa – malinowe do domu, karmelowe do pracy :) Patrząc na wieczka już czułam zapach i miękką maślaną konsystencję kosmetyku. W sumie za wiele się nie pomyliłam – masełka są średnio twarde, nietrudno wydobywa się je z szerokiego pudełeczka, ponieważ roztapiają się pod wpływem ciepła opuszków palców. Wersja karmelowa pachnie jak masa krówkowo-kajmakowa, zaś malinowa… wcale nie pachnie malinami, zapach przypomina słodkie landrynki, sprzedawane niegdyś w metalowej puszeczce :D Oba zapachy są przyjemne, intensywne w opakowaniu, na ustach zapach się ulatnia. Masełka są dosyć tłuste i bezsmakowe, dzięki czemu nie mam pokusy oblizywania warg ;) Nałożone w zbyt dużej ilości bielą i zbierają się w kącikach ust, co nie wygląda zbyt estetycznie, za to nałożone w odpowiedniej ilości sprawiają, że usta wyglądają zdrowo i delikatnie połyskują. Zazwyczaj używam ich solo, ponieważ szminki nie trzymają się na nich zbyt dobrze (z błyszczykami jest już lepiej). Używam masełek głównie w pomieszczeniach – są lepiące i posmarowane nimi usta „chwytają” włosy na wietrze.
Co do właściwości pielęgnacyjnych, to wg obietnic producenta masło ma zapewniać codzienną, długotrwałą pielęgnację i ochronę przed pękaniem wrażliwej skóry ust, intensywne nawilżenie, ochronę przed słońcem, mrozem i wiatrem. W sumie obietnice są spełnione, ale bez wielkiego wow. Usta faktycznie są chronione, ale trzeba je często smarować, czego nie widać po opakowaniu, bo masełko jest diablo wydajne. Masło znika z moich ust w ciągu 10 minut drogi z pracy do domu, potem niby usta mam nawilżone, ale ochrony brak i na dworze usta szybko pierzchną. Zazwyczaj od razu po powrocie do domu ponawiam aplikację. Niestety, masło nie przynosi natychmiastowego ukojenia w przypadku wysuszonych ust, nie wygładza też od razu odstających skórek, wręcz podkreśla je, gdy nałożymy go zbyt dużo. Przy dłuższym, regularnym używaniu masełko sprawia, że usta są miękkie i wypielęgnowane, ale nie jest to działanie długotrwałe – po pewnym czasie bez masełka usta krzyczą o nawilżenie.
Tak więc, po początkowym zachwycie „ooo jakie fajneee puszeczki, mmhhmmmm, masełka, och, jak świetnie pachną, jaka fajna konsystencja, mrrrrrr……….”, stwierdzam słowami mojej kumpeli, że „jest ok, ale dupy nie urywa” :D

Dla zainteresowanych - skład:
Cera Microcristallina, Paraffinum Liquidum, Polyglyceryl-3 Diisostearate, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Aqua, Glycerin, Glyceryl Glucoside, BHT, Aroma, CI 77891, CI 77492

LOTD: dwa bieguny

8 komentarze
Szary i brązowy. Kiedyś nie do pomyślenia było dla mnie połączenie tych dwóch kolorów. Nie pasowały do siebie, gryzły się niemiłosiernie i wywoływały mimowolne skrzywienie moich ust z dezaprobatą. No bo jak to - połączyć barwę ciepłą z zimną, niedoczekanie! To łamanie wszelkich reguł, za które grozi trafienie do piekła i smażenie się w ogniu piekielnym. A w piekle jeszcze samego diabła można spotkać, o zgrozo! Ale... Ale że człowiek się zmienia, a kobieta to już w ogóle, szkoda gadać, tak więc postanowiłam zaryzykować i połączyć te dwie niepołączalne barwy. Co mi tam, jestem dosyć towarzyska, nowe znajomości mi nie straszne. a do tego zagadałabym na śmierć samego diabła, tak więc oto jest. Zestaw, na które składają się jasne, szare, można powiedzieć że popielate spodnie, i kawowy, jasny brązowy sweter w warkocze, z guzkami i łatami ze skóry na łokciach. Do tego nieodzowna ostatnio włochata torba, brązowe sztyblety i etniczna biżuteria. Jest całkiem nieźle, bardzo wygodnie, zwłaszcza na co dzień, do pracy. A Wy jak myślicie? Bo ja coś czuję, że na jednym takim outficie się nie skończy :D


kawowy, brązowy sweter w warkocze, z guzkami i łatami- Orsay
szare, popielate spodnie z materiału - Camaieu
brązowe sztyblety na obcasie - fleq.pl
futrzana, włochata torba worek - H&M

NOTD: lakier do paznokci, który spodobał się mojemu facetowi - Celia Floris 44

4 komentarze
To się stało naprawdę, a myślałam, że to niemożliwe... Malowałam wieczorem paznokcie, i zamiast zwykłego marudzenia, że lakier śmierdzi, z ust mojego B. wyszło zdanie: "o, jaki fajny kolor!". No, tego się nie spodziewałam!!! :D Ale fakt faktem, kolor jest naprawdę świetny - w cieniu bordowy, z nutą fioletu (pierwsze zdjęcie z buteleczką), w słońcu i sztucznym świetle (drugie i trzecie zdjęcie z buteleczką) ociepla się i przechodzi w burgundowy (chociaż cholercia mi się zawsze mieszają te kolory, burgund i bordo, są podobne do siebie :D) Jest to kolejny lakier Celii, który mi się podoba :) Ma ładny połysk i delikatny shimmer, jest dosyć rzadki i wodnisty, co osobom nie mających wprawy w malowaniu paznokci (vide ja) może sprawiać trochę problemów. Wolę bardziej gęste lakiery i przy pierwszej warstwie się przeraziłam - słabe krycie, smugi... Ale druga warstwa załatwiła sprawę i kolor dokładnie pokrył paznokcie. Trzecia warstwa nie jest niezbędna, ale dodaje głębi i wzmacnia intensywność i nasycenie koloru. Lakier w miarę szybko schnie, nie odpryskuje, ale mi po jednym intensywnym dniu zaczęły ścierać się końcówki (bez topu). Jednak za kolor jestem mu to w stanie wybaczyć :D A Wam jak się podoba? :)
 
 
 

LOTD: Tęczowy, kolorowy manifest ku przywołaniu wiosny :D

15 komentarze
Nie wiem, jak Wy, ale ja już czekam na wiosnę. Lubię śnieg, nie powiem, ale takie dni jak ostatnio - pochmurne, wietrzne i bez słońca - wpływają na mnie depresyjnie. Niestety, mój humor jest dosyć mocno uzależniony od pogody za oknem - zwłaszcza niskie ciśnienie działa na mnie jak tabletka na sen. Chodzę wtedy nieprzytomna, trudno mi się skoncentrować i tak naprawdę nic mi się nie chce. Najchętniej zapadłabym w zimowy sen, jak niedźwiedź. Trochę pomagają tęczowe, kolorowe ubrania, takie jak dzisiejsze. Melanżowy sweter i bordowe spodnie są jednym ze sposobów na przełamanie ponurej, zimowej aury. Zupełnie inaczej czuję się, jak jest słoneczny, jasny dzień, nawet jeżeli jest śnieżny i zimny - takie dni to ja uwielbiam, z ich przejrzystym powietrzem i szczypiącym w nos mrozem. Tak wiec apeluję do wyższych sił - jak już jest śnieg, to niech chociaż słońce wyjrzy zza chmur! "Słoneczko nasze, wystaw buzię, bo nie do twarzy Ci w tej chmurze..." :D Dla dobra Yennefer i jej podobnych :D
kolorowy melanżowy sweter - C&A
burgundowe spodnie - Camaieu
brązowe skórzane botki - Lasocki
futrzana torba worek - H&M
naszyjnik-kolce - Stradivarius

LOTD: Pastelowe barwy na przekór zimie :D

11 komentarze
Pastelowe, jasne kolory zimą? Dlaczego nie! Zazwyczaj zimą nosimy intensywne, nasycone, mocne barwy, tak żeby ożywić swoją garderobę. Albo wręcz przeciwnie, nosimy się w czerni, szarości, brązach, kolorach ziemi, nie chcemy się wyróżniać i wtapiamy się w tłum. Ja na przekór sięgnęłam po miętowe, dżinsowe rurki, które nosiłam latem, i połączyłam je z brzoskwiniowym swetrem w warkocze i z golfem. Poczułam się bardzo letnio, pozytywnie i optymistycznie, tak jakby wakacje były tuż tuż :D Pomarzyć można, no nie? :D
brzoskwiniowy sweter z golfem - Reserved
miętowe rurki - H&M
brązowe botki-sztyblety - fleq.pl
torba z futra - H&M

Moje plany i postanowienia - rok 2013 rokiem zmian :D

2 komentarze
Poniedziałek w połowie miesiąca, w połowie stycznia, to dobry dzień na robienie planów, nie uważacie? Dzień niby taki jak każdy inny, ale jednak czuć różnicę ;) Niby poniedziałek to początek, ale połowa miesiąca już nie ;) Nowy rok też nie jest już tak całkiem świeży ;) Postanowienia noworoczne kojarzą mi się z hurra-optymizmem i słomianym zapałem. Dlatego w Nowy Rok nie snułam żadnych konkretnych planów, różne pomysły przeleżakowały w mojej głowie, dojrzały, oswoiłam i zaprzyjaźniłam się z niektórymi pomysłami, a inne skazałam na wygnanie. Dopiero po tym czasie spisałam co trzeba, w czym wydatnie pomogła mi mind mapa, czyli po naszemu mapa myśli, którą możecie zobaczyć na zdjęciu. Nie zaznaczałam na niej powiązań miedzy poszczególnymi zadaniami, żeby nie wprowadzić niepotrzebnego chaosu ;) Ponieważ mój charakter pisma (i nie tylko :p) pozostawia sporo do życzenia, jak również niektóre skróty mogą być niezrozumiałe, to poniżej pokrótce opiszę moje założenia na rok 2013 :) 
Rok 2013 upłynie mi pod hasłem „Poprawa jakości życia” :) Chcę, by moje życie było lepsze, bym była bardziej szczęśliwa i uśmiechnięta, nie martwiła i denerwowała się tyle co w 2012r… Nie chcę trwonić czasu, pozwalać przeciekać mu przez palce. Chcę korzystać z każdej szansy, jaką daje mi los, ba, chcę sama takie szanse tworzyć. Chcę zadbać o relacje z bliskimi mi osobami, jak również pomagać tym mniej znanym lub nieznajomym. Chcę się rozwijać, bo mam wrażenie, że nie wykorzystuję swojego potencjału tak, jak powinnam i jak mam możliwości. Chcę się bardziej skupić na „być”, a mniej na „mieć”. A ponieważ „w zdrowym ciele zdrowy duch”, to chciałabym pokonać wewnętrznego lenia i być bardziej sprawna oraz zadbać o zdrowie, co mam nadzieję przyniesie też pozytywne zmiany w moim wyglądzie :D 

Brzmi pięknie, nieprawdaż? :D :D :D 
Na mapie myśli znajdziecie moje notatki - zadania, które pozwolą mi choć trochę zbliżyć się do realizacji moich założeń. Ponieważ planowanie jest procesem, i ponieważ dopiero tak naprawdę zrobiłam pierwszy krok w stronę „poprawy jakości życia”. Czeka mnie jeszcze rozwinięcie mojej mind mapy, konkretyzacja poszczególnych celów, wypisanie stojących przede mną mniejszych i większych zadań oraz rozmieszczenie ich w czasie :D Już teraz część z moich założeń realizuję, to nie jest tak, że wzięłam je z powietrza i nagle przewracam swoje życie do góry nogami. Ale chcę wszystko usystematyzować i być konsekwentna, w czym mam nadzieję pomoże mi już samo opublikowanie moich planów na blogu :D Mam nadzieję, że będę twarda i dam radę :D Trzymajcie za mnie kciuki :D

A Wy, macie jakieś plany na 2013 rok czy idziecie na żywioł? :)

Cios w nos czyli żele pod prysznic Original Source

6 komentarze
Jeszcze w poprzednim roku, korzystając z przedświątecznych przecen w Rossmannie, nabyłam żele pod prysznic Original Source: jeden o zapachu limonki, i dwa z limitowanej wersji zima 2012/2013 - śliwka z syropem klonowym oraz pomarańcza z lukrecją. Nie da się ukryć - żele kupiłam dla zapachów, i one mnie nie zawiodły. Limonka jest idealna na śpiące poranki, idealnie odgania sen i pobudza do życia. Seria zimowa jest przesłodka, tak bardzo, że aż ślinka leci :D Wprowadziła do łazienki świąteczny nastrój - używam tych zapachów tylko przy wieczornym prysznicu, bo świetnie uspokajają, relaksują, wręcz usypiają. Oprócz ich zapachów lubię te żele również za gęstą, trochę galaretowatą konsystencję i intensywne, neonowe kolory. Wszystko to jest doskonałym poprawiaczem humoru :D Żele ładnie pachną w trakcie brania prysznicu, ale na skórze nie pozostawiają żadnego aromatu, co nie jest dla mnie wadą, a wręcz zaletą, bo nie kłócą się z perfumami albo innymi zapachowymi kosmetykami. Żel jest dosyć wydajny, nie trzeba lać go litrami żeby porządnie mył. Pieni się przeciętnie, ale ja osobiście nie potrzebuję masy piany ;) Original Source nie nawilża skóry ani w żaden dodatkowy sposób jej nie pielęgnuje, ale też producent tego nie obiecuje. Byłoby to sporym plusem, jednak kupując go wiedziałam, na co się piszę, wiec nie będę na to marudzić ;) Czasami mam uczucie wysuszenia skóry, ale nie uważam, żeby przyczyną tego stanu rzeczy był żel, raczej zbyt ciepła woda... Do minusów mogę zaliczyć opakowanie, chociaż całkiem dobrze leży w dłoni i nie wyślizguje się z mokrej ręki. Szczerze mówiąc obawiałam się kupić te żele, ponieważ na półce w Rossmannie zawartość po prostu wylewała się z butelek i wszystko się lepiło i kleiło. W domu co prawda żele się nie wylewają, mają silikonowy albo siateczkowy stoper-membranę, ja wolałabym jednak tradycyjną buteleczkę otwieraną od góry. Original Source chwali się, że jego żele nie zawierają rutyny, za to są bogate w naturalne ekstrakty i olejki eteryczne. Podsumowując - lubię je za zapach, ale kupuję tylko w promocji, ponieważ jednak zapach to nie wszystko, a w podobnej cenie mogę dostać żele, które oprócz fajnych zapachów mają też właściwości pielęgnacyjne :) A Wy, lubicie Original Source?

LOTD: Przenikanie...

8 komentarze
Dzisiaj pokazuję Wam fioletowo-różowy ombre sweter z C&A, o którym pisałam w podsumowaniu grudnia :) Jestem z niego bardzo zadowolona, ba, mam jeszcze drugi w innych kolorach :D Ale za trochę ponad 20 złotych to aż żal było nie brać - jest milutki i ciepły ;) Do tego falbaniasta spódniczka z Camaieu, kozaki w azteckie wzory z deezee i futrzana włochata torba z H&M. Mogę stwierdzić, że mam na sobie ulubione ciuchy z mojej szafy - ostatnio bardzo często po nie sięgam, zwłaszcza torba i sweter są eksploatowane do granic możliwości ;) Jak widzicie zdjęcia były robione na sopockim molo, gdzie wzbudziłam sensację ściągając kurtkę :D Ale wcale nie było aż tak zimno :D :D :D Poniżej znajdziecie też krótką fotorelację ze spaceru po Monciaku :)
 I jeszcze kilka ujęć ze spaceru po Monciaku :)
Blogging tips