LOTD: Mix retro i współczesności

13 komentarze
Dzisiaj będzie krótko i na temat. Na temat stroju, bez dygresji i rozpisywania się na tematy poboczne ;)  A więc do rzeczy ;) Bardzo lubię ubrania w stylu retro. Mam do nich sentyment. Nie wszystkie do mnie pasują, ale i tak zerkam na nie tęsknym okiem. Dlatego tak się ucieszyłam, gdy udało mi się upolować grzeczny płaszczyk z Orsay'a za, bagatela, 60zł :D Przeceniony z niecałych 300zł. (tu podziękowania dla pani z obsługi z Orsaya, która mi bardzo pomogła :)) Podoba mi się w nim wzór w kosteczkę w kolorach bordowym i pudrowym różu, lekko rozkloszowany fason i "szkolny" kołnierzyk. Jest dziewczęcy i niebanalny. Żeby całkiem nie cofać się do przeszłości, pozostałe elementy stroju są jak najbardziej współczesne. Skórzane burgundowe leginsy (też upolowane na przecenie, za 10zł zamiast 100zł, prawdziwa okazja :D), bordowe sztyblety i kremowa pikowana bluza zgrywają się kolorystycznie z płaszczem, i do tego fajnie przełamują jego charakter. Lubię takie mixy :D
retro płaszcz - Orsay
bordowe skórzane leginsy - New Yorker
pikowana bluza - Medicine
futrzany kołnierz-szal - Orsay
bordowe sztyblety - CCC

Już jutro...

0 komentarze
Dzisiaj nie zdążę obrobić zdjęć, ale jutro możecie spodziewać się trochę retro i trochę nowoczesności :D W odcieniach bieli, różu i bordo. Na smaczek zdjęcie :D

NOTD: Charakterne paznokcie... Rimmel 711 Punk Rock by Kate Moss

14 komentarze
Lakier ten podpatrzyłam u Idalii, i przepadłam! A że akurat była promocja -40% w Rossmannie, to kupiłam bez wyrzutów sumienia :D Lakier do paznokci Rimmel SalonPro w kolorze 711 Punk Rock zachwyca. Przede wszystkim kolorem, bardzo nietypowym i niezwykłym. Kate Moss naprawdę się popisała :) Punk Rock raz jest granatowy, raz zbliża się do asfaltowej szarości wpadającej w grafit, a innym razem wychodzą z niego fioletowe i fiołkowe nuty. Zdarza się, że jest ciemny, prawie czarny, a przy innym świetle pokazuje swoje jaśniejsze, szaro-lawendowe oblicze. Uwielbiam w nim tą zmienność, która ujawnia się pod wpływem różnego oświetlenia. Przy jego kremowym wykończeniu prezentuje się pięknie. Do tego lakier ma ładny połysk, chociaż dosyć łatwo się "rysuje" (co widać na zdjęciach - 2 dni po pomalowaniu, bez topu). Na paznokciach trzyma się całkiem nieźle, przez 3 dni nie odpryskiwał, ale za to minimalnie wytarł się na końcówkach. Lakier Rimmel jest dosyć wygodny w użyciu - ma odpowiednią konsystencję i szeroki pędzelek, którym szybko i łatwo maluje się paznokcie (chociaż zakrętka jest za szeroka i niezbyt wygodna, przez co trudniej się operuje pędzelkiem i generalnie trzeba się do niej przyzwyczaić). Lakier nie smuży, nie robi prześwitów, ma dobrą pigmentację - dwie warstwy wystarczają do pełnego krycia i gwarantują piękny, nasycony kolor. Jest łatwo dostępny, cena regularna to niecałe 20zł, ale często można go kupić w promocji. Ja jestem w nim zakochana i mimo małych minusików polecam :) Punk Rock by Kate Moss jest naprawdę rockowy, charakterny, wyrazisty i niebanalny - słowem ma "pazur", jak jego kreatorka! Nieprawdaż?

LOTD: klasycznie, delikatnie i kawowo

16 komentarze
Zima, pomimo swojej zazwyczaj niemiłej aury, skłania mnie do noszenia spódnic i sukienek. Często są to spódnice (lub sukienki :D) letnie, zwiewne, delikatne... Im jest zimniej, tym bardziej letnie spódnice wybieram :D Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia - zimą nosiło się ubrania zimowe, a letnie leżakowały głęboko w szafie czekając na cieplejszą i bardziej łaskawą pogodę. Gdy wybieram letnie ciuchy w zimę moja Babunia zawsze pyta, czy nie marznę, a gdy odpowiadam, że jest okej, to patrzy na mnie dziwnym wzrokiem i kiwa głową z ubolewaniem :D I mimo, że już przekroczyłam 30tkę, zawsze powtarzają się pytania i napominania dot. noszenia czapki, szalika i rękawiczek :D Znacie to, prawda? :D Obecnie bardzo mnie cieszy fakt, że mamy modę bez sztywnych ram, bez nakazów i ograniczeń. Dzięki temu, że zniknęła sztywna sezonowość mam luz i swobodę w dobieraniu garderoby :D Dlatego ostatnio bez skrupułów i wahania wybrałam uroczą koronkową spódnicę z Camaieu, w odcieniu kawowego brązu. Ma już swoje lata, ale nadal nieźle się trzyma - widzieliście ją na blogu tu i tu i chyba jeszcze we wcześniejszych postach ;) Nadal bardzo mi się podoba jej delikatność i subtelność, koronka chyba nigdy mi się "nie odwidzi". Do tego klasyczny rozpinany sweterek z Monnari, z dekoltem w serek. Bardzo go lubię, bo jest mega wygodny, niezbyt gruby ale wystarczająco ciepły, mięciutki i milutki, no i ma przyjemny kolor kawy z mlekiem, z dużą ilością mleka ;) Podoba mi się też zestawienie delikatnej koronki z grubo plecionymi swetrzyskami, ale tym razem postawiłam na bardziej grzeczny look ;) Nie mogło w nim zabraknąć kozaków, w końcu jest zima, a na ulicach leży śnieg ;) Zdecydowałam się na wygodne i eleganckie brązowe muszkieterki bez obcasa, ale za to z ozdobnym zamkiem błyskawicznym z tyłu cholewki buta. Strój idealny na niedzielny obiad ;) Lubie takie klasyczne bezpieczne zwyklaki, są kołem ratunkowym na problem pt. "mam szafę pełną ubrań, ale nie mam się w co ubrać" ;) 

Kokosowe olejowanie - skuteczne i tanie. Maska i odżywka do włosów Oilmedica.

15 komentarze


Maska Oilmedica przebojem wdarła się do mojej łazienki i trwa w niej uparcie już prawie dwa lata. Jest to u mnie zjawisko rzadko spotykane, bo zazwyczaj kosmetyki nie wytrzymują próby czasu i dosyć szybko są wymieniane na nowości. Jednak olejek Oilmedica na tyle dobrze służy moim włosom, że ciągle do niego wracam. Dlaczego? Oilmedica to mieszanka olejów na bazie olejku kokosowego, który uzupełniają olejki z rozmarynu, henny, rycyny, owsa, cytryny i trawy cytrynowej oraz ekstrakt z owoców amli i wąkrotki azjatyckiej. Oto skład: Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Heliananthus Annus Seed Oil, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Emblica Officianalis, Avena Sativa Kernel Extract, Lawsonia Intermis Extract, Centella Asiatica Extract, Rosmarinus Officianalis Leaf Extract, Cymbopogon Schoenanthus Oil, Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Oil, Ascorbyl Palmitate, Citral, Citronellol, Eugenol, Geraniol, D-limonene, Linallol. 
Nie będę przytaczać obietnic producenta, przeczytacie je na zdjęciu poniżej.


Moje włosy są dosyć trudne – bardzo zniszczone farbowaniem i rozjaśnianiem, cienkie, z rozdwajającymi się końcówkami, wypadające i łatwo się plączące. Potrafią się puszyć i elektryzować, ale potrafią też opaść pod własnym ciężarem (a samych włosów mam dosyć dużo) co daje efekt „przylizania”. Wg mojej oceny przy końcach są wysokoporowate, a przy skórze głowy niskoporowate, ale fachowcem w tej materii nie jestem ;) Jak zwał tak zwał ;) - po nieudanym farbowaniu, które miało miejsce kilka miesięcy temu, znowu pracuję nad przywróceniem ich do życia. Oilmedica wydatnie mi w tym pomaga. Używam jej przed prawie każdym myciem, nakładam wieczorem u nasady włosów, a to co mi zostanie na dłoniach wcieram w pozostałą część włosów aż po końce (ale jest to naprawdę niewielka ilość). I zostawiam na całą noc. Włosy myję rano, zazwyczaj dwa razy (w porywach do trzech, pierwsze mycie najczęściej płynem do kąpieli dla kobiet w ciąży Babydream z Rossmanna). Dodatkowo stosuję odżywkę na końce włosów, Oilmedica nie zwolniła mnie z tego obowiązku ;) Jakie są efekty olejowania tym olejkiem? Oilmedica znacznie poprawiła stan moich włosów, co potwierdziła nawet moja fryzjerka :D Włosy są bardziej odżywione i nawilżone, elastyczne i lśniące, ich wypadanie znacznie się zmniejszyło. Po myciu łatwiej się je rozczesuje, włosy mniej się plączą, rzadziej puszą, a przy skórze pojawiło się sporo baby hair. Do tego skóra głowy i włosy nie zaczęły mi się bardziej przetłuszczać, czego się obawiałam. Olejek miał też inne niespodziewane zalety :D Częsty kontakt olejku z dłońmi sprawił, że stały się one gładkie i nawilżone, a przesuszenie skórek było moją bolączką. Całkiem przyjemny bonus przy zerowym wysiłku :D Resztkę olejku zdarzało mi się wsmarować w brwi, ale oprócz minimalnego wzmocnienia włosków nie zauważyłam innego dobroczynnego działania.


Kurację olejem Oilmedica stosuję 2-4 razy w roku, zależnie od potrzeb moich włosów. Zużyłam już kilka opakowań, jedno wystarcza mi zazwyczaj na ok. 2-3 miesiące. Kosmetyk kupuję przez internet, minusem jest słaba dostępność lokalna, a u mnie w mieście wręcz brak takowej ;) Cena na allegro to ok. 22 zł., czyli całkiem nieźle zwłaszcza patrząc na spora wydajność. Olejek ma cytrynowy zapach, dla mnie jest delikatny i słabo wyczuwalny. Konsystencję ma stałą, którą zmienia na płynną pod wpływem ciepła - najlepiej wstawić go do kubka z ciepłą wodą, ale rozpływa się również pod wpływem ciepła dłoni (co możecie zobaczyć na zdjęciu, które musiałam robić szybko, bo jeszcze chwila i rozpłynąłby się całkowicie ;)). Największym minusem produktu jest dla mnie jego opakowanie. Sztywna buteleczka o pojemności 200ml, z małym otworem, który utrudnia dozowanie i przez który ciężko wycisnąć kosmetyk w formie stałej. Po podgrzaniu olejek wydobywa się z buteleczki o wiele łatwiej, jednak po pierwsze zazwyczaj za dużo na raz, a po drugie płynny olejek trudniej nakłada się na włosy. Zdecydowanie wolałabym, żeby olejek zamknięty był w słoiczku lub tubie. Jednak, mimo wymienionych minusów, bardzo lubię maskę Oilmedica i jeszcze będę do niej wracać. Ba, zaraziłam nią już nawet kilka osób :D Zainteresowałam kogoś z Was? A może znacie ten kosmetyk? Podzielcie się wrażeniami :)

LOTD: Szarość! Szarość widzę! :D

12 komentarze
Bardzo lubię szary kolor! Wcale nie jest nudny! Jest klasyczny, wręcz szlachetny, no i uniwersalny, pasuje do wszystkiego. Pisałam to już zresztą niejeden raz, w poprzednich szarych postach ;) Tym razem noszę szarość niejednoznaczną, bo melanżową. Ciepły, wełniany płaszczyk oraz sukienka-tunika z golfem, oba w kolorze sól z pieprzem. Za golfami nie przepadam, ale ten akurat jest dosyć luźny i nie opina szyi zbyt ciasno ;) W dodatku dostałam go w prezencie od Lidla - jesienią zrobili mi niespodziankę i wysłali paczkę z ubraniami :D Czasami kupuję ubrania w Lidlu - cały zestaw do biegania na jesień i zimę (oprócz butów) mam z tego sklepu i jestem z niego zadowolona :) Asortyment Lidla pozytywnie mnie zaskakuje - bardzo lubię ich kulinarno-regionalne tygodnie, ostatnio kupiłam tam świetną pościel i mam zamiar kupić następną :D Ok, koniec off-topu :D Wracam do stroju, który uzupełniają kocie elementy - muszkieterki jak z Kota w butach i włochata czapka z kocimi uszami. Czapka mnie zafascynowała, wahałam się nad jej kupnem no i w końcu uległam, nawet pokazywałam Wam na Instagramie fotę ze sklepu :D A co mi tam, przecież nie wszystko musi być na poważnie :D
płaszcz szary melanż - Rock 
tunika szara sól z pieprzem - Lidl 
muszkieterki - New Yorker 
uszata czapka - H&M 
torba - od Mamy

Clarins, Beauty Flash Balm. Natychmiastowy upiększacz cery czy bujda na resorach?

15 komentarze

Dziś będzie mowa o kosmetyku kultowym, acz kontrowersyjnym. Mającym masę zwolenniczek i tyle samo przeciwniczek. Nie wzbudzającym letnich uczuć. W wielu Kobietach budzącym ciekawość połączoną z obawą ;) Mowa o błyskawicznej maseczce upiększającej Beauty Flash Balm marki Clarins. Ukochanej maseczce rzesz Kobiet, które bez niej nie wyobrażają sobie życia. Znienawidzoną przez inne, które nie widząc efektów pluły sobie w brodę i żałowały wydanych pieniędzy. Ja sama do recenzji tej maseczki zabierałam się jak pies do jeża… Dlaczego?

Zacznę od obietnic producenta. Maseczka Beauty Flash Balm Clarins to wyjątkowy zastrzyk piękna, który natychmiast eliminuje wszystkie oznaki zmęczenia. Zapewnia natychmiastowy efekt upiększający, jest doskonała do każdego rodzaju skóry. Po jej użyciu rysy twarzy wyglądają na wypoczęte i wygładzone. Pozostawia skórę miękką w dotyku, wzmacnia ją i regeneruje. Napina i modeluje owal twarzy: skóra jest jędrna i elastyczna. Zapewnia cerę pełną blasku i trwały, niewiarygodnie świetlisty i promienny makijaż. Jest doskonałym produktem przed pracowitym dniem lub wieczornym wyjściem. Nieźle, nie? :) Ale to nie wszystko ;) Kosmetyk można stosować 2-3 razy w tygodniu po 10-15 minut jako maseczkę na twarz i okolice oczu albo przed nałożeniem makijażu jako bazę i balsam upiększający. Obietnice obietnicami, jednak patrząc na skład BFB pojawiają się wątpliwości. Maseczka zawiera: 
- wyciągi z oliwki i oczaru wirginijskiego: poprawiają napięcie i koloryt skory, dodają blasku;
- wyciąg z alg morskich: pobudza odnowę komórkową, ma działanie ożywcze;
- glikoproteiny z mleka: mają działanie nawilżające;
- bisabolol: łagodzi podrażnienia, ma działanie kojące i zmiękczające;
- skrobię ryżową: działa oczyszczająco na naskórek.
Oprócz tego w składzie znajdziemy wodę, zagęszczacze, emulgatory, stabilizatory, konserwanty, barwniki i substancje zapachowe. No i dwa składniki, które wzbudzają moje wątpliwości, tj. podobno szkodliwy i potencjalnie podrażniający glikol propylenowy (Propylene Glycol) i potencjalnie zapychającą glicerynę (Glycerin). Nie jestem ekspertem w temacie składów, ale gołym okiem widać, że skład super naturalny nie jest ;)

I co z tego wynika? Tu pewnie Was zaskoczę :D NIC! Wbrew moim obawom maseczka w ogóle mi nie szkodzi, nie podrażnia ani nie zapycha. Powiem więcej – pomaga, jest skuteczna i bardzo ją lubię! Pierwszy raz miałam okazję używać próbki tej maseczki, gdy miałam dwadzieścia kilka lat. I cóż, rozczarowała mnie wtedy bardzo. Nie widziałam żadnego pozytywnego działania na skórę, nic ponad normę, ot zwykła maseczka. Lepiej sprawdziła się jako baza pod makijaż, zdecydowanie przedłużając jego trwałość. Ale to było dla mnie za mało i nie zdecydowałam na kupno pełnowymiarowego produktu. Po przekroczeniu magicznej trzydziestki dałam maseczce Clarins drugą szansę i to był strzał w dziesiątkę! Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, Beauty Flash Balm naprawdę działa!!! 

Używam jej zarówno jako maseczki, jak również jako bazy pod makijaż. Maseczkę zazwyczaj nakładam w momentach, gdy jestem zmęczona i widać po mnie ten stan – moja cera zaczyna być jakby przyszarzała i pozbawiona blasku. Nie nakładam jej zgodnie z zaleceniami producenta, czyli grubszą warstwą na 10-15 minut, ale niezbyt grubą warstwą na oczyszczoną skórę, najczęściej wieczorem i zostawiam na całą noc (czyli bardziej jak krem niż jak maseczkę). Rano budzę się z wypoczętą, jędrną, promienną skórą, wygładzoną i o wyrównanym kolorycie. Jako bazę pod makijaż stosuję BFB przed „wielkim” wyjściem lub gdy maluję Klientkę. Zazwyczaj nakładam ją na swój codzienny krem (solo nie nawilża i nie odżywia wystarczająco), następnie wklepuję cienką warstwę BFB i na to od razu podkład. Twarz staje się świetlista, bardziej napięta, pory i zmarszczki w magiczny sposób zostają wygładzone, makijaż (podkład, korektor, puder, róż) wytrzymuje na skórze o wiele dłużej - nie ściera się i nie spływa, a cera wygląda nienagannie przez długie godziny. Nie zauważyłam, żeby baza powodowała szybsze świecenie i przetłuszczanie się skóry. Czasami stosuję ją na sam obszar pod oczami - jako baza nie podrażnia oczu, za to delikatnie napina skórę i sprawia, że korektor (oczywiście użyty w rozsądnej ilości) nie wchodzi w zmarszczki i generalnie lepiej się trzyma. Sam kosmetyk jest bardzo przyjemny w użyciu - ma ładny kwiatowy zapach, brzoskwiniowy kolor i lekką kremowo-żelową konsystencję bez żadnych drobinek. Jest również wydajny, zwłaszcza że nie używam go na co dzień ;) Nie oceniam działania długofalowego maseczki, bo takowego nie oczekuję. Od tego mam inne kosmetyki pielęgnacyjne ;) Traktuję tą maseczkę jako ekspresowy ratunek zmęczonej skóry, taki "zastrzyk energii". To obiecuje producent i muszę przyznać, że w moim przypadku obietnice te są spełnione :)

Żeby nie było zbyt różowo, poruszę jeszcze dwie kwestie dot. Beauty Flash Balm. Pierwszą są negatywne opinie, spowodowane głównie wałkowaniem się kosmetyku i brakiem widocznych efektów. Co do rolowania się BFB - mi się to jeszcze nie zdarzyło, nawet gdy stosowałam go na krem. Przypuszczam, że kulkowanie się kosmetyku jest rezultatem jego niewłaściwego stosowania - zbyt duża ilość na raz, wsmarowywanie a nie wklepywanie, może niewystarczające oczyszczenie skóry przed aplikacją albo "niewspółgranie" z codziennym kremem... Co do efektów stosowania, jak już pisałam wcześniej, przy pierwszym podejściu BFB mnie nie zachwycił. Moja dwudziestokilkuletnia cera, młoda i jędrna, szybko regenerująca się, nie potrzebowała takiego kosmetyku, ponieważ doskonale dawała sobie radę sama. Nie widząc pozytywnych rezultatów nie widziałam sensu jego używania, mojej twarzy w tym czasie w zupełności wystarczały zwykłe maseczki nawilżające. Gdy moja skóra "dojrzała", efekt stosowania się pojawił ;) Może więc po prostu nie jest to kosmetyk dla każdej osoby, w każdym wieku, a może nie każda cera go dobrze toleruje? Warto wziąć to pod uwagę i przed zakupem pełnowymiarowego produktu poprosić o próbkę lub odlewkę w perfumerii, bo cena nie jest niska. I to jest druga kwestia - cena. Za plastikową buteleczkę w typowej dla Clarinsa stylistyce, o pojemności 50 ml, zapłacimy ok. 150 zł. Całkiem sporo, dlatego gdy już się zdecydujemy na zakup to polecam polować na promocje - mi udało się ją dostać za 100 zł.w perfumerii internetowej. Kosmetyk dostępny jest w Sephorze, Douglasie i innych perfumeriach, również internetowych.

Nie będę ukrywać - szarpnęłam się na Beauty Flash Balm z lekkim bólem serca, bo jednak mieć 100 zł i nie mieć 100 zł daje 200 zł (kto czytał Sapkowskiego ten wie ;)). Ale końcem końców uważam, że błyskawiczna maseczka upiększająca Clarins jest warta swojej ceny. Mimo niezbyt naturalnego składu krzywdy nie robi, nie zapycha ani nie podrażnia - a wręcz przeciwnie, Beauty Flash Balm w przedziwny sposób pomaga skórze twarzy, faktycznie natychmiastowo ją upiększając. Przyznam szczerze, że nie spotkałam się jeszcze z innym produktem tego typu, o takim działaniu. Dlatego polecam! I ciekawa jestem, co Wy sądzicie o tym kosmetyku? A może znacie jakiś tańszy zamiennik? 
Blogging tips