Jak nie przespać wiosny? Moje sposoby walki z objawami wiosennego przesilenia.

19 komentarze
Wiosna nadchodzi wielkimi krokami, pierwszy jej dzień już za nami. Świeże, ożywcze powietrze, więcej słońca, dłuższy dzień i kwitnące kwiaty – nie bez powodu wiosna jest moją ulubioną porą roku. Czemu więc jestem ospała jak mops i bez chęci do życia? Mam uczucie chronicznego zmęczenia, jestem zrezygnowana i rozdrażniona, byle co wyprowadza mnie z równowagi. Niby jestem zdrowa, ale a to pobolewa mnie głowa, a to łamie w kościach, a to dopada uczucie ogólnego osłabienia. Zdarza się, że dopadają mnie problemy z koncentracją i nieopanowana senność. Jakby tego było mało, to zamiast wyglądać świeżo i kwitnąco widzę w lustrze zmorę z podkrążonymi oczami i ziemistą cerą, z wypadającymi włosami i łamiącymi się paznokciami. A jak pomyślę, że lada moment będziemy musieli zmienić czas z zimowego na letni, czyli spać godzinę krócej, to robi mi się słabo i mam ochotę mocno uszkodzić tego, kto wpadł na ten poroniony pomysł…


Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że dopadło mnie przesilenie wiosenne. Jest ono dla mnie bardzo uciążliwe – jako niskociśnieniowiec ze skłonnościami do anemii i meteoropata wrażliwy na wahania pogody, odczuwam objawy przesilenia wiosennego ze zdwojoną siłą. Lata praktyki pozwoliły mi wypracować sposoby walki z reakcją mojego organizmu na odejście zimy i przywitanie wiosny. Stosuję je kompleksowo, w sumie stanowią część mojego stylu życia i nie potrafię się bez nich obejść. Pozwalają mi funkcjonować w miarę normalnie na przełomie pór roku, obudzić się po zimie i np. nie zasnąć w pracy ;)

  • Staram się wysypiać. Tak wiem, to truizm, ale działa. Zazwyczaj chodzę spać po północy, wstaję zaś przed 7 rano, co daje ok. 6 godzin snu. Na przełomie zimy i wiosny staram się chodzić spać przed 23, co daje ok. 7,5 godzin snu. Zalecane min. 8 godzin to dla mnie trochę za dużo. Często ucinam też sobie popołudniową, poobiednią drzemkę dla zregenerowania sił czyli tzw. „pół godzinki dla słoninki” :D Często pół godziny przeradza się w półtorej, zgodnie z teorią cykli snu – wtedy w nocy staram się spać 6 godzin. Budzę się powoli, przewracając z boku na bok i przestawiając budzik, często głośno marudząc, jęcząc i wydając różne dziwne odgłosy :D Ja sobie dodaję energii, a mój Bartek umiera ze śmiechu :D :D :D
  • Poranne mycie zawsze kończę chłodną lub zimną wodą. Do mycia używam kosmetyków o świeżym, energetycznym zapachu i wesołym kolorze.
  • Stawiam na kolor, otaczam się intensywnymi barwami. Unikam szaro-burych, nijakich odcieni i makijażu nude. W ubraniach muszę mieć chociaż jeden wyraźny, kolorystyczny akcent, który dodaje mi energii i poprawia humor. Ubieram się na cebulkę. W makijażu mocniej podkreślam policzki lub maluję usta na mocny kolor, np. czerwony, dodaję cerze świetlistości i blasku za pomocą rozświetlaczy. Gdy ładnie wyglądam od razu mam lepsze samopoczucie :)
  • Zdrowo się odżywiam. Jem dużo warzyw i owoców, staram się, by posiłki były urozmaicone, aromatyczne i dobrze przyprawione, no i by ładnie wyglądały. W miarę możliwości posilam się regularnie, w równych odstępach czasu. Unikam wrzucania w siebie jedzenia „w biegu”. Staram się ograniczyć śmieciowe jedzenie i cukier, w zamian stawiam na zdrowe przekąski, kiełki i nowalijki, świeżo wyciskane soki i koktajle. Bardzo, bardzo dużo piję. Głównie wodę, choć początki były bardzo trudne. Nie stosuję żadnej diety, chcę, by zdrowe żywienie weszło na stałe do mojego stylu życia. W końcu jestem tym co jem. (O moich zmaganiach będzie osobny post ;))
  • Nie unikam zmian, czasami sama je prowokuję. Te drobne wprowadzają zamieszanie i ożywczą świeżość, pozwalają uniknąć nudy. Zmiana fryzury, makijażu, drogi którą chodzę do pracy etc. pobudzają moją wyobraźnię i dodają energii.
  • Robię remanent. Nie ukrywam, jestem nałogowym chomikiem gromadzącym rzeczy wszelakie. Na zapas, bo przecież kiedyś się przyda. Do zrealizowania tego punktu bardzo trudno mi się zmobilizować, i często przegrywam z kretesem. Niemniej jednak – generalne wiosenne porządki w domu i szafie pozwalają odgruzować otaczającą mnie przestrzeń, co niewątpliwie skutkuje lepszym samopoczuciem. No i pozwalają bez wyrzutów sumienia pójść na zakupy ;)


  • Wietrzę pomieszczenia, w których przebywam. Mieszkanie, gabinet w pracy. Uważam jednocześnie, by mnie nie przewiało – wiosenne powietrze jest bardzo zdradliwe. Gdy tylko mam możliwość otwieram okno w pomieszczeniu przyległym do tego, w którym siedzę. Nie lubię, gdy w pomieszczeniu jest zbyt ciepło, wolę ożywczy chłodek. Zapewniam też sobie jak największy dostęp do światła. Odsłaniam okna, od czasu do czasu pozwalam odpocząć oczom od komputera i patrzę na zieleń za oknem. Gdy mam suche oczy wkrapiam do nich łzy naturalne.
  • Wykorzystuję moc zapachu. W pomieszczeniu zapalam świeczki zapachowe. Używam pachnących kosmetyków, nie stronię od olejków eterycznych. Delektuję się zapachem obieranych pomarańczy, świeżo zaparzonej kawy, trawy koszonej pod blokiem. Całe szczęście, nie jestem uczulona na pyłki ;)
  • Zraszam twarz wodą termalną, ew. hydrolatem lub tonikiem. Kilka plusów za jednym psiknięciem: odświeżenie makijażu, nawilżenie skóry, wreszcie bodziec do obudzenia się :D
  • Staram się robić krótkie przerwy w pracy. Takie chwile dla złapania oddechu. Na np. rozmowę z kimś miłym, wyjrzenie za okno, poprzeciąganie się. W szczególnie trudne dni staram się zwolnić tempo i nie przepracowywać się.
  • Stosuję wizualizacje. Oglądam zdjęcia z wakacji, dotykam pamiątek z podróży (często jest to regionalna biżuteria, albo coś samodzielnie zdobytego, np. muszelki pozbierane na plaży). Przywołuję miłe wspomnienia. Zamykam oczy i w myślach biegam po lesie, zjeżdżam z górki na rowerze, pływam w morzu albo byczę się na plaży… Mmmm…


  • Czytam, czytam, czytam! No i oglądam filmy i seriale :D Takie oderwanie się od rzeczywistości też czasami pomaga zapomnieć o wiosennej chandrze.
  • Dużo się śmieję. Szukam humorystycznych kontekstów w każdej sytuacji. Czasami, gdy mam wybitnie zły humor, to na siłę układam usta w uśmiech, i po chwili on sam przychodzi ;) Albo szukam towarzystwa pozytywnych osób. Albo czytam dowcipy, oglądam zabawne filmiki etc. A jak to nie pomaga, to pozwalam się sobie posmucić, pożalić się nad sobą, popłakać – to też działa oczyszczająco i pomaga :)
  • W chwilach słabości i nieopanowanej senności słucham energetycznej muzyki. Wakacyjne hiciory skutecznie rozbudzają i dodają powera. Zdarza się, że podśpiewuję pod nosem i tańczę, nawet na siedząco :D 
  • Wracam do uprawiania sportu. W moim przypadku do biegania. Powoli, spokojnie, bez spiny i zbytniego przeciążania organizmu (o tym też będzie pościk). Oprócz tego staram się zapewnić sobie jak najwięcej ruchu – w pracy chodzę gdzie tylko się da i jak często się da, porzuciłam windę na rzecz schodów etc. Gdy mam czas komunikację miejską zamieniam na poruszanie się „per pedes” ;) 


Przedstawione sposoby sprawdzają się u mnie wyśmienicie. Czasami jednak przegrywam z aurą albo zwyczajnie pozwalam sobie na lenienie się :D Nic na siłę ;) Jeżeli jednak coś wzbudza Wasz niepokój, to zachęcam do zrobienia sobie badania krwi - apatia, ciągłe zmęczenie, brak energii, obniżenie koncentracji, wahania nastroju, niezdrowy wygląd, problemy z włosami i cerą, sińce pod oczami mogą świadczyć np. o niedoborze żelaza albo problemach z tarczycą. Jednak nie jestem ekspertem i nie polecam samodzielnie stawiać diagnozy i przyjmowć na własną rękę ogólnie dostępnych suplementów - lepiej co roku robić badania ogólne, a przez cały rok dbać o siebie.

Ciekawa jestem, czy dotrwaliście do końca tekstu :D Jeżeli tak, to gratuluję :D I zachęcam do podzielenia się w komentarzach swoimi sposobami na wiosenne przesilenie :) :) :)

Ziołowe żele do mycia twarzy Sylveco. Aromatyczny tymianek i rumianek ^_^

11 komentarze

Na początku tego marcowego tygodnia witam Was recenzją rumiankowego i tymiankowego żelu do mycia twarzy Sylveco. O żelu rumiankowym wspominałam w styczniowej serii "Przetestowałam, polubiłam", żel tymiankowy kupiłam na przełomie stycznia i lutego, i od tej pory używam ich wymiennie, zależnie od potrzeb. Nie będę ukrywać, że oba produkty lubię, nawet bardzo ;) Ze względu na zapach i działanie moim ulubieńcem jest żel tymiankowy – pięknie i intensywnie pachnie... tymiankiem (i tu Was zaskoczyłam, nieprawdaż? :p jak widać po ostatnim poście kuchennym przepadam za tymiankiem), łagodzi podrażnienia i faktycznie odrobinę rozjaśnia i wyrównuje koloryt cery. Jest też bardziej łagodny niż żel rumiankowy, po którego użyciu mam czasami wrażenie ściągnięcia skóry twarzy. W dodatku zapach rumianku jest dla mnie zbyt mocny, mam wrażenie jakbym tonęła w ususzonych kwiatach :D Ale zapach to kwestia indywidualna, co kto lubi. Oba żele mają lekkie właściwości złuszczające i regulujące proces odnowy naskórka. Doskonale oczyszczają skórę z makijażu i innych zanieczyszczeń pozostawiając ją czystą, miękką i gładką. Nie przesuszają skóry, a tym samym nie powodują jej nadmiernego przetłuszczania się – wręcz przeciwnie, odblokowują pory i regulują wydzielanie sebum, dzięki czemu na mojej twarzy rzadziej pojawiają się pryszczyki, zaskórniki i podskórne bolące gule. Ja na co dzień używam żelu tymiankowego, a po żel rumiankowy sięgam, gdy na mojej twarzy zaczynają pojawiać się niechciane niespodzianki i niedoskonałości. Zdarza się, że jednego żelu używam rano, a drugiego wieczorem. Unikam w ten sposób efektu przyzwyczajenia się skóry do danego kosmetyku ;) Żele są bardzo przyjemne w użyciu - mają rzadką, lejącą konsystencję, bladożółty kolor i słabo się pienią, co dla mnie akurat jest zaletą. Jest to oznaką tego, że nie są naładowane chemią i mają przyjazny dla skóry skład – w tym wypadku substancją myjącą jest glukozyd laurowy – związek chemiczny rozpuszczalny w wodzie i bezpieczny dla środowiska naturalnego, łagodny dla skóry oraz posiadający właściwości lekko kondycjonujące. W składzie kosmetyku nie ma za to SLSów, zagęszczaczy, alkoholu i innych substancji drażniących, za co duży plus. Jako ciekawostkę dodam, że w żelu tymiankowym jest tendencja do wytrącania się osadu w zależności od temperatury przechowywania kosmetyku, może się to zdarzyć nawet przy temperaturze 18-20 st. C i niższej. Wystarczy jednak postawić go na dobę w temperaturze ok. 40-50 st. C, np. przy kaloryferze, i żel powinien wrócić do normalnego wyglądu ;) Pojemność żeli jest niewielka, bo buteleczka z pompką (bardzo wygodna i funkcjonalna) mieści tylko 150ml, co przy lejącej konsystencji może budzić obawy co do jego wydajności. Niniejszym je dementuję, żele są bardzo wydajne, do umycia twarzy wystarczy jedno „pompnięcie”. Używam ich już ok. dwóch miesięcy i nie jestem nawet w połowie opakowania. Oczywiście, jeżeli ktoś będzie używał kilku „pompnięć” w celu uzyskania większej piany to zużycie będzie sporo większe... Jak dla mnie jedynym minusem żeli tej marki jest słaba dostępność w sklepach stacjonarnych, ale całe szczęście istnieją sklepy i drogerie internetowe. Jeden żel kosztuje ok. 16zł. W mojej ocenie żele tymiankowy i rumiankowy Sylveco są warte tej ceny i z czystym sumieniem je polecam :) Ja na pewno będę do nich wracać, zdradzę, że już mam po jednej buteleczce w zapasie ;) Poniżej zamieszczam dla Was opis producenta ze składem INCI :) I jestem ciekawa co sądzicie o żelach Sylveco – znacie je, lubicie?



Rumianek lekarski już w starożytności był znany ze swoich właściwości przeciwzaplanych, antybakteryjnych i anty-alergicznych. Za jego łagodzące działanie odpowiadają azuleny - związki, nadające olejkowi rumiankowemu intensywny niebieskozielony kolor. Dzisiaj wykorzystujemy ten składnik w pielęgnacji skóry trądzikowej, zanieczyszczonej i podrażnionej. Hypoalergiczny, głęboko oczyszczający żel do mycia twarzy z kwasem salicylowym (2%) o aktywnym działaniu antybakteryjnym. Zawiera bardzo łagodny, ale jednocześnie skuteczny środek myjący, który nie podrażnia nawet najbardziej wrażliwej skóry. Usuwa zanieczyszczenia i nadmiar sebum, odblokowuje pory i reguluje procesy odnowy komórek naskórka. Żel został wzbogacony olejkiem z rumianku lekarskiego, który posiada właściwości przeciwzapalne, gojące i łagodzące. Systematyczne stosowanie pozwala zachować gładką, miękką, zdrową skórę. Przeznaczony do codziennej pielęgnacji cery zanieczyszczonej, z rozszerzonymi porami, trądzikowej. Żel skutecznie oczyszcza skórę odblokowuje pory reguluje wydzielanie sebum. Termin przydatności kosmetyku po otwarciu: 6 miesięcy. 
Składniki / INCI: Woda, Glukozyd laurylowy, Gliceryna, Kwas salicylowy, Panthenol, Wodorowęglan sodu, Benzoesan sodu, Olejek rumiankowy


Tymiankowy żel do mycia twarzy Sylveco

Głównymi składnikami olejku tymiankowego są tymol i karwakrol. Posiada on bardzo silne właściwości przeciwwirusowe i przeciwgrzybicze. Hamuje rozwój bakterii chorobotwórczych (m.in. Staphylococcus aureus i Propioniobacterium acnes, które odpowiadają za rozwój zmian trądzikowych). Łagodzi stany zapalne, działa na skórę oczyszczająco i tonizująco. Hypoalergiczny, oczyszczający żel do mycia twarzy z kwasem jabłkowym o aktywnym działaniu wygładzającym i rozjaśniającym. Zawiera bardzo łagodny, ale jednocześnie skuteczny środek myjący, który nie podrażnia nawet najbardziej wrażliwej skóry. Usuwa zanieczyszczenia i nadmiar sebum, delikatnie złuszcza martwy naskórek i reguluje procesy odnowy jego komórek. Żel został wzbogacony olejkiem i ekstraktem z tymianku, które posiadają właściwości przeciwzapalne i kojące. Systematyczne stosowanie pozwala zachować gładką, zdrową skórę o równomiernym kolorycie. Przeznaczony do codziennej pielęgnacji cery łuszczącej się, zaczerwienionej i podrażnionej. Żel skutecznie oczyszcza rozjaśnia i wygładza skórę łagodzi podrażnienia Termin przydatności kosmetyku po otwarciu: 6 miesięcy. 
Składniki / INCI: Woda, Glukozyd laurylowy, Gliceryna, Ekstrakt z tymianku pospolitego, Panthenol, Kwas jabłkowy, Wodorowęglan sodu, Benzoesan sodu, Olejek tymiankowy

Zdrowo jeść: pyszny, szybki i niedrogi obiad z piekarnika

8 komentarze

Nie będę skromnisią i powiem, że ostatnio zrobiłam pyszny obiad :D Może nie jest godny Master Szefa czy jakiegoś innego Top Szefa, ale kubki smakowe przeciętnego człowieka zaspokoi z pewnością ;) Mój Bartek i ja zajadaliśmy się nim po pracy :) Obiad jest smaczny i aromatyczny, a do tego mega prosty i szybki do wykonania. I zdrowy! I kolorowy, i bardzo apetycznie wyglądający, co widać na zdjęciach :D Cóż to był za obiad, zapytacie ;) Ano, był to obiad trzyskładnikowy – piersi z kurczaka w przyprawach, faszerowana papryka i aromatyczna marchewka. Wszystko robione za jednym zamachem w piekarniku. Już mówię jak :D


Składniki: 

  • piersi z kurczaka 
  • przyprawa garam masala lub inna wg uznania 

  • duże papryki 
  • kasza kuskus 
  • pomidory 
  • ser feta 
  • przyprawy wg uznania 

  • marchewki 
  • olej 
  • miód, syrop z buraka lub z agawy 
  • tymianek, rozmaryn 


Przepis jest nieskomplikowany i niedrogi – nie wymaga dużego nakładu sił i środków do jego przygotowania. Czasu zabiera tyle co nic, a jak ktoś ma go więcej to może się pobawić w przeróbki i udoskonalanie przepisu wg własnego widzimisię ;) Obiad robi się błyskawicznie. Nastawiam piekarnik na 200 stopni. Piersi z kurczaka nacieram przyprawami (można to zrobić poprzedniego dnia wieczorem, wtedy kurczaki bardziej przejdą aromatem) i wkładam na ruszt do piekarnika. Przygotowuję paprykę do nadziewania, tj. odkrawam czubek, wycinam gniazda nasienne i myję, po czym wstawiam pustą paprykę do piekarnika, na pokrywkę żaroodporną, na blachę umieszczoną poniżej rusztu (wyłapuje od razu tłuszczyk wypiekający się z piersi kurczaka). Zalewam kuskus na 5 minut, wrzącą wodą w proporcjach 1 do 1 – można do zalać bulionem lub doprawić do smaku przyprawami i solą, wtedy kuskus „złapie” jakiś smak. W międzyczasie kroję w kostkę pomidory i fetę, po czym mieszam z gotowym kuskusem. Kroję marchewki w plasterki lub słupki, obtaczam ją w odrobinie oleju i sporej ilości tymianku i rozmarynu. Wyciągam papryki z piekarnika i nadziewam je farszem z kuskusa. Wkładam z powrotem do piekarnika, obok naczynia żaroodpornego wysypuję na blachę marchewki w przyprawach. I już! Całość piecze się w piekarniku ok. pół godziny, dobrze jest w trakcie obrócić piersiaczki z kurczaka i przemieszać marchewkę. Na sam koniec pieczenia polewam marchewki syropem z buraka (można też miodem lub syropem z agawy).


Teraz już można nakładać wszystko na talerze i pałaszować :D Kurczaczek jest soczysty, nietłusty i dosyć ostry. Papryka wychodzi al dente, ani za twarda ani za miękka, farsz przyjemnie ją uzupełnia. A marchewka to sam smak, aromatyczna i pachnąca, oboje z Bartkiem bardzo ją lubimy ^_^ Jak spróbujecie, to też się w niej zakochacie, gwarantuję :D A tymczasem życzę udanego pichcenia :D I smacznego!!!


LOTD: z tęsknoty za zielenią...

12 komentarze
Moja garderoba nie obfituje w zieleń - uważam, że to piękny, ale trudny kolor, który pasuje niewielu osobom. Ale tęsknota za wiosną potrafi zawrócić w głowie i sprawić, że zdesperowany człowiek podejmuje dziwne, niecodzienne decyzje ;) Ostatnio rzuciła mi się w oczy moja spódnica diy. Odcienie morskiej zieleni, niebieskiego i neonowej limonki zestawione w efektowny efekt ombre zdecydowanie wyróżniają się w mojej szafie. Pomimo tego, że spódnica, ze swoim tiulowym materiałem i asymetrycznym krojem, zdecydowanie bardziej nadaje się na lato, zdecydowałam się podjąć wyzwanie i spróbować wykorzystać ją także w miesiącach zimowych. Dobrałam do niej sweter z Orsay'a w kolorze morskiej zieleni. Sweter jest jesienno-zimowy, ale lekkości dodają mu charakterystyczne "guzełki" i naszyte na ramionach czarne i srebrne perełki. Bardzo lubię takie akcenty, uważam, że są świetnym pomysłem na odświeżenie swoich ubrań niewielkim nakładem sił i środków - w końcu chyba nawet osoby nie umiejące szyć potrafią wykonać tak proste diy jak naszycie perełek :D Grunt, to znalezienie na to czasu i wzbudzenie w sobie chęci :D A z tym niestety bywa ciężko...

Uniwersalne i intrygujące. Potrójne cienie do powiek Misslyn no. 80 Oxford Street

15 komentarze

Uniwersalna i niewielka paletka cieni do makijażu oczu to jeden z niezbędników w kosmetyczce kobiety pracującej :) Bardzo często wykonuję makijaż „w biegu”, nierzadko poza domem, co sprawia, że używane przeze mnie kosmetyki muszą być niezawodne i łatwe w obsłudze, a przy tym nie mogą zajmować wiele miejsca w torbie. W temacie cieni do powiek preferuję kolory neutralne, naturalne, ale jednak widoczne. Muszą dobrze się nakładać, nawet palcem, gładko rozcierać i blendować, nie osypywać i dobrze przylegać do powieki. O trwałości nie wspomnę, bo wiadomo, dobrze by było żeby nie sprawiały pod tym względem kłopotów. Ale ja zawsze używam bazy pod cienie, zawsze, bo moje powieki są problemowe i praktycznie żadne cienie nie przetrwają bez bazy… Cóż, taki mamy klimat ;) Do tej pory moją ulubioną „służbową” paletką cieni była czwóreczka MakeUp Factory (w sumie dwie czwóreczki ;)), ew. używałam cienia w kremie Maybelline On and On Bronze. Niedawno w szeregi ulubieńców wkradły się potrójne cienie do powiek Misslyn w kolorze 80 Oxford Street



Paletka ta pochodzi z kolekcji jesienno-zimowej 2012/2013, ale ja trafiłam na nią pod koniec 2013 roku, w trakcie robienia zakupów w sklepie internetowym Perfumeria Wiki. Skusiła mnie swoją kolorystyką i końcem końców wylądowała w koszyku, obok Clarins Beauty Flash Balm :D A co, raz się żyje ;) Zwłaszcza, że opis producenta kusił: Zestaw 3 specjalnie dobranych kolorystycznie cieni, które pozwolą stworzyć wyjątkowy makijaż oczu. Niezwykle lekka, kremowa konsystencja zapewnia głęboki kolor i zniewalający połysk. Formuła produktu zawiera pentanol i witaminę E, które skutecznie wygładzają i chronią powiekę. Doskonałe połączenie kolorów pozwala stworzyć urzekający makijaż oczu. Paleta została wzbogacona o podwójny aplikator z czarnej gąbki.


Cienie mnie nie rozczarowały. Są zamknięte w estetycznym i praktycznym, przeźroczystym pudełeczku. Noszę tą paletkę od kilku tygodni w torebce i nader często robię nią makijaż (napisy się jeszcze nie pościerały, za co dodatkowy plus). Przyjemnie na nie popatrzeć :D Paletka Misslyn High Shine Trio Eyeshadow no. 80 Oxford Street składa się z trzech kolorów: kość słoniowa z bardzo delikatnymi różowymi tonami, średnim kawowym brązem ze złotym połyskiem i czekoladowym brązem wpadającym w oberżynę ze złotymi drobinkami, który przy oszczędnym nałożeniu i porządnym roztarciu wpada w odcień taupe i „wytraca” drobinki. Ostatni kolor jest przepiękny, uwielbiam takie niejednoznaczne barwy ^_^ Paletka jest uniwersalna i powinna pasować do każdego typu urody, powiedziałabym, że kolory są neutralne. Uszczegóławiając, środkowy kawowy odcień kieruje się w stronę ciepłego ciemnego złoto-beżu. Tworzy to ciekawe połączenie z raczej chłodnym najjaśniejszym cieniem i neutralym najciemniejszym. Mam nadzieję, że udało mi się oddać ich urodę na zdjęciach poniżej.


Kolory są w sumie podobne do wspominanej już wcześniej paletki cieni MakeUp Factory no. 07, zwłaszcza dwa pierwsze. Różnica pojawia się w wykończeniu i konsystencji cieni. Cienie Misslyn są bardziej pudrowe i suche, ale tu od razu powiem, że nie mam zbytnich problemów z ich osypywaniem. Dają średni połysk, nie nazwałabym go perłowym, a raczej mocną satyną z drobinkami. Pigmentacja jest niezła, chociaż nie powalająca - cienie trochę tracą na kolorze przy rozcieraniu, ale ja zazwyczaj dokładam cienia na koniec makijażu, na mokro albo metodą pac-pac ;) Na co dzień są ok :D Poniżej wklejam zdjęcia „naoczne” - makijaż robiony na szybko i mocno porozcierany, który całościowo możecie zobaczyć w ostatnim poście outfitowym ;)


Minusów w sumie nie zauważyłam. Może poza tym, że przy niektórych typach urody środkowy kolor użyty w nadmiarze na dolną powiekę może podkreślić zmęczenie, zwłaszcza przy widocznych (czy też źle zamaskowanych) sino brązowych sińcach pod oczami. I tym, że pigmentacja mogłaby być troche mocniejsza ;) Niemniej ja polubiłam się z tą paletką. Za cenę 30zł otrzymałam przyzwoity produkt, który przypadł mi do gustu zarówno pod względem kolorów, jak i jakości. Polecam! Paletka ta wzbudziła we mnie chęć zapoznania się bliżej z innymi kosmetykami Misslyn. Marka ta, jako młodsza siostra Artdeco, nie jest chyba bardzo popularna wśród Polek. Fakt, że jest na rynku dopiero dwa lata nie ułatwia sprawy ;) Najbardziej znane są w sumie korektory pod oczy, ale może znacie jakieś produkty tej marki, które możecie polecić lub odradzić? No i jak się Wam podobają cienie? :D

O tym co będzie. Marcowe zapowiedzi.

3 komentarze
W marcu jak w garncu. Nadchodzi wiosna, a wraz z nią kilka zmian na blogasku. Przymierzam się do zmiany wyglądu bloga, a być może nawet zmienię nazwę, bo Teleport jest taki... mało kobiecy ;) Co o tym myślicie? A co do planowanych postów w marcu, to będzie coś o oczyszczaniu twarzy, coś o wiośnie, coś o cieniowaniu i coś o pielęgnacji twarzy i ciała. Do recenzji załapie się Misslyn, Sylveco, Tiande, Ava Cosmetics, AA... Moje plany zakupowe, o których wspominałam w zapowiedziach lutego ciągle ewoluują, ale są spore szanse, że pojawią się w tym miesiącu. W marcu pojawi się również nowość w mojej kosmetyczce, czyli lakiery do paznokci Colour Alike. Wiem, na blogach urodowych było już o nich sporo szumu, ale ja dopiero niedawno zdecydowałam się na ich zakup i jest to moje małe odkrycie ;) Poza tym nie zabraknie strojów w moim stylu, przede wszystkim wygodnych ;) Chciałabym też się z Wami podzielić ulubionymi blogami, bez których moim zdaniem blogosfera byłaby uboższa. Tak więc, zapraszam do zaglądania, marzec zapowiada się interesująco :D
Blogging tips